sobota, 19 kwietnia 2014

Książki: Cienie wiatru, C.R. Zafón.

Odurzyłam ten blog z powodu recenzji jaką przeczytałam w q-ltura-lnym notanikuAnn tej właśnie książki, którą An oceniła na 8/10 (tzn. miałam odkurzyć, ale gdzieś poszłam i wracam teraz). Czy ja wystawiam oceny? Niech no sobie przypomnę (rzut oka na stare wpisy). Nie. Dość wyraźnie piszę: podoba się, nie podoba, więc uznałam, że nie będę używała skali, żeby nie czuć się jak w pracy. To ma być przyjemność. Czytanie i słuchanie, złośliwe krytykowanie innych ma być moim czilałtem od bezmyślnego ostemplowywania schabowego w fabryce :). Nie będę też konkurowała ze wspomnianą recenzją, tak tylko informuję bez ukrytych sensów, że zaczęłam pisać, bo mi się przypomniało, że gdzieś mogę.


Czy jedna książka może zmienić życie człowieka? Zawsze czytam zajawki na okładkach, a sama fabuła zaczyna się dla mnie źle. Gdy głównym bohaterem książki lub filmu jest dziecko lub pies, tulę uszy. Już się nie identyfikuję. Daniel Sempere ma latem roku 1945 lat dziesięć. To jest wiek którym spokojnie można zamęczyć dorosłego czytelnika. A jednak nie męczyłam się pierwszymi stronami (niemęczenie się miało miejsce w wakacje, ale doskonale pamiętam to dobre uczucie). Jest Barcelona i od czego jest google earth? Sprawdzam nazwy ulic rzucane od niechcenia przez narratora i zostaję nagrodzoną mroczną geografią miasta. Z chłopca staje się Daniel młodym mężczyzną w Barcelonie lat 50-tych, a książka, którą wynajduje na samym początku na Cmentarzysku Zapomnianych Książek, daje napęd całej pięciusetstronnicowej (nie wiem czy tak się odmienia to przedostatnie słowo, którego bardzo chciałam użyć) fabule. Jest więc tajemniczy nieznajomy bez twarzy, pierwsza miłość i pierwsza miłość, pomocnik księgarza z wysoką gotowością mowną, Fermin Romero de Torres, spotkany w chwili niefortunnej i będący później źródłem ciekawych sentencji takich jak "miłość jest jak wędlina: jest salami i jest mortadela", jest w końcu Hiszpania frankistowska mająca sporo swoich fanów na filmwebie (zawsze jakiś glut się zjawi, któremu się nie podoba rzeczywistość ukazana w "Labiryncie fauna", bo uważa, że było lepiej). Fabuła utknęła dla mnie na matczynych pragnieniach Jacinty Coronado - w tym momencie odłożyłam książkę na ... ponad osiem miesięcy nużąc się stroną 285 w wydaniu MUZY. Zdaję sobie sprawę, że nie było to sprawiedliwe - gdy wróciłam, dokończyłam drugą część w jeden dzień. Byłam ciekawa jak autor wybrnie z nieco magicznego realizmu pewnych postaci, ale z biegiem kartek nie wydarzyło się w tej historii nic dla niej nienaturalnego. Co jest pochwałą. Świetny kawałek literatury popularnej do której można spokojnie wrócić kilka razy. Jak i sięgnąć do dalszej części serii, co zapewne niebawem uczynię.
__________
* Carlos Ruiz Zafón, La sombra del viento (2001), tłum. Beata Fabjańska-Potapczuk & Carlos Marrodan Casas (2005), w wydaniu  Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA z 2013. Autor jest Barcelończykiem z urodzenia. Kiedy więc pisze o bryzie od morza, wie o czym pisze :). Od tego wszystkiego chce mi się wsiadać w któryś Ryanair i lecieć na zachód słońca.

sobota, 5 października 2013

Film: Wałęsa - człowiek z nadziei.

Zdecydowanie jest to film, który ostatnio porusza umysły. Zanim jeszcze ktokolwiek zdążył go zobaczyć, czyli przed datą premiery, która miała miejsce w ostatni piątek, na filmwebie film miał ocenę oscylującą wokół 2 lub 3 na 10 możliwych punktów, a na jego forum było ok. 700 tematów. Mówiąc krótko film oceniały osoby, które go jeszcze nie widziały i jak można się domyślić ze średniej nie były to oceny grzeszące umiarkowaniem :). Uprzedzając pytanie, nie mam do Wałęsy tzw. stosunku i nie za bardzo mnie interesuje czy był Bolkiem (przypuszczam że był, ale nie biorę tego do siebie, nie kruszę o to kopii w dyskusjach). Ciekawią mnie biografie. No chyba, że to kolejne biografie Diany Spencer. Wtedy mnie nie ciekawią.

Plusy: Więckiewicz. Po kilku sekundach zapomniałam o jego nosie. Złapał akcent, złapał bufonadę. Gdy pod koniec filmu na krótko pokazuje się prawdziwy Wałęsa odczułam irytację, że psuje obraz jako słaba podróbka Wałęsy :). Naprawdę. Zdjęcia. Interesująca zabawa z monochromatycznością. Muzyka. No kto by się spodziewał, Wajda i polski rock zaangażowany, nie ma słodkiego pitolenia, nie ma udawania, że przeciętnej muzyki można sobie słuchać tylko dlatego, bo i tak ludzie na Wajdę pójdą. Zdzierżyłam JPII w tle fabuły, czyli był to element naturalny, konieczny dla historii, zrozumiały z punktu widzenia bohaterów. Czyli pojęłam bohaterów, czyż to nie cudowne? Odchodząc od tematu, jakże słabym w porównaniu z tą biografią był "Karol" z Adamczykiem (zaznaczam, że lubię Adamczyka). Robert Więckiewicz dobrym aktorem jest. Poza tym nareszcie w naszym kinie jest ktoś z męską twarzą kalibru Depardieu lub De Niro.

Minusy: Ostatnie pół godziny (?) sprawiało już wrażenie bryku. Nie ma puenty. Tzn. może to i jest zamierzone, ale ja lubię dziwaczne puenty. (nie znoszę książeczek drukowanych dla szkół z propozycją jak należy omawiać film. mam ochotę spuścić je z wodą w toalecie). Mamy streszczenia naszej historii w napisach początkowych i końcowych. Niepotrzebne mi to ... i tak, wiem, że to nasza propozycja Oscarowa, więc trzeba ludzi wprowadzić w temat. Tylko, że jeśli fabułę poprowadzono by bardziej tropem uniwersalnym, streszczenie nie byłoby potrzebne. Wałęsa idący z wózkiem w drugą stronę, gdy ludzie demonstrują na ulicach to był dobry trop. Tego nie trzeba tłumaczyć.
__________
* reż. Andrzej Wajda, 2013, Polska. Chłodne zdjęcia Edelmana.

poniedziałek, 30 września 2013

Muzyka: Más. Alejandro Sanz.

4/5 album studyjny Sanza. We wrześniu właśnie minęło 16 lat od jej wydania. Wiem. Z punktu widzenia postępu techniki straszna starucha. Na swoim pierwszym światowym tournée w latach 1998/99 za przyczyną tej płyty jej autor nie widział rąk podniesionych z telefonami komórkowymi. Wtedy szło się na koncerty wrzeszczeć, a nie łapać ostrość.


Czym jest miłość? :) Zdecydowanie jestem zakochana w tej płycie. I znowu, to nie jest tak, że jest najlepsza. Jest najgłośniejsza, sprzedana w największym nakładzie, w czasach gdy jeszcze sprzedawano płyty jako przedmioty, a nie jako plik dźwiękowy na itunes. Daje nadzieję na to, że miłość istnieje. I jest poważną sugestią, aby więcej ludzi uczyło się hiszpańskiego. Momentami teksty nostalgiczne, ale nie kopią leżącego - wręcz przeciwnie, nuty unoszą go, tchną nowe życie.

Pochodzą z niej kawałki chętnie pożyczane przez innych - "Y, ¿Si Fuera Ella?" śpiewane na koncertach przez Davida Bisbala czy "Corazón Partío" zaanektowane przez króla smętu Julio Iglesiasa na jego płytę "Noche de Cuatro Lunas" (płyta zawiera jeszcze jeden kawałek Sanza, "Seremos libres" - wspaniały. I trzeba oddać honor Julio - nie kładzie tematów) i chętnie do dziś śpiewane na koncertach. Ba! "Amiga mia" czy "Siempre es de noche" (ta ostatnio najczęściej przeze mnie słuchana). "Más" jest płytą kultową i jak najlepsze płyty kultowe kojarzą się fanom z ich młodością i z "wiesz, miałam wtedy takiego chłopaka i...". Są ludzie dla których jest Sanz przed "Más" i po "Más", którzy uważają ten kawałek jego dźwiękowego pamiętnika za szczyt po którym nastąpiły tzw. eksperymenty (co się oczywiście wielu nie podoba). Trochę to rozumiem, o tyle, że płyta ta to faktycznie apogeum muzyki latino. Latino. Jeśli nie słuchasz latino może daj jej drugą szansę. Bo nie ma co ukrywać, jeśli do tej pory twój mózg był zalewany przez amerykańsko-zachodnią papkę, to co usłyszysz wyda ci się zbyt czułostkowe, zbyt piękne, żeby mogło stanowić punkt odniesienia do twojego obecnego życia. Żeby słuchać muzyki "południowej" trzeba przedefiniować podstawy, moi czytelnicy. Albo w wersji przyśpieszonej trochę się naoglądać meksykańskich telenowel ... ale bez pogardy, z otwartym umysłem. zresztą mogą i być peruwiańskie, nie bądźmy tacy do przodu, nieprawdaż :).

piątek, 30 sierpnia 2013

Film: I twoją matkę też.

Często oglądam filmy, gdy minęła już pierwsza piarowska sraczka po ich premierze. Bo widziałam sporo filmów z wieloma nagrodami, które nie robiły po czasie żadnego wrażenia. To chyba dobra technika, obejrzeć coś, gdy reszta zdążyła się już pozachwycać, bo recenzje były dobre w paru opinotwórczych źródłach. Więc wczoraj właśnie ... przysłano mi to:


Tenoch, Julio i Luisa. Jest w tym filmie sporo tzw. "scen", pup i latających ptaszków. Maríbel Verdú wygląda - jedna z aktorek na które lubię patrzeć, więc pewnie napiszę o niej ponownie. Panowie zagrani przez Diego Lunę i Gaela García Bernala - wspaniali, młodzieńczy, bryndzlują się w tym obrazie nie raz.

Trzy osoby podróżują samochodem, dwóch nastolatków, jedna dorosła kobieta. Droga, alkohol i seks, ale to nie jest "Road trip 2". Każdy z bohaterów ma swój osobny świat,  wokół nich przemykają osobne światy innych ludzi, Meksyk miga za oknami i zmieniają się konfiguracje. Są myśli, które zachowujemy dla siebie i są myśli, które ktoś inny zachowuje dla siebie, pokoje w których też toczy się życie, choć nas w nich nie ma, miejsca pełne znaczeń dla jednych ludzi, które dla nas są  tylko migającym krajobrazem. Prawda jest jedna, ale każdy ma swoją i układanka z pamięci każdego z osobna nie pasuje do układanki drugiego. Na dodatek gdy się człowiek zorientuje o co w tym wszystkim chodzi, pora umierać. Ot takie małe streszczenie :). O tym właśnie jest ten film. I na dodatek Maribel ma pareo podobne do mojego. Tąpnęło mną. Podobnie jak kubki w scenie ostatniej rozmowy (która była o ironio pierwszą sceną nakręconą przez reżysera) - patrzyłam głównie na nie. 10/10. Jeśli ktoś robi zdjęcia naczyniom z których pije napoje i ma w głowie podobne narracje jak powyższe, które czasem zapisuje na skrawkach papieru, to jest film dla niego. A w napisach końcowych Frank Zappa.
__________
* reż. Alfornso Cuarón, Y tu mamá también, 2001, Meksyk. Facet wyreżyserował później odcinek Harry'ego Pottera, no ale na szczęście po tym też jest jakieś życie.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Muzyka: En tren de los momentos. Alejandro Sanz.

Siódma studyjna płyta. Niby ósma, ale do tej pierwszej autor się nie przyznaje. Trzecia po legendarnej płycie "Más" po której stał się Sanzem Wielkim. Druga w której czuć, że coś mu się w życiu pieprzy, wydana rok po śmierci ojca, na rok przed odwołaniem turne po Ameryce Łacińskiej "bo coś źle się czułem". W lecie tamtego roku pamiętnego 2007 przytył 20 kg i wylądował na kozetce specjalisty od składania dusz. I poznał Raquel. Ona potem zawsze była, razem poukładali puzzle do kupy i teraz mają takie małe kudłate śliczności o imieniu Dylan. Ktoś się nie orientuje dalej w dyskografii, odsyłam do wikipedii. Gdy serce pęka nie będę tu oczywistości tłumaczyć. Najlepszy album latynoski wg Grammy Awards 2008 roku, czyli dwa lata po jej wydaniu. Uwaga bez znaczenia, niejeden kiepski muzyk dostał sporo nagród. W tej chwili piszę o dobrej muzyce, która nie potrzebuje uzasadnień. Zaczynam od niej, bo to pierwsza płyta Ale jaką kupiłam, nie powiem, że ulubiona. Bo ... każdy album Maestro jest dobry na inny stan umysłu. Co tu więc jest?


{"Enséñame Tus Manos" / "A la Primera Persona" /  Duet z Shakirą "Te lo Agradezco, Pero No" /  "Donde Convergemos" - i już tu nie wiem co to jest ten latin pop. Tak jest skatalogowany ten album. Czy ja jazz słyszę miękki? "En la Planta de Tus Pies" - różnie ludzie komentują ten utwór, dla mnie za przeproszeniem warstwa liryczna jest ewidentnie rozmową z tymczasową kochanką, na dodatek zdradza fetysz stóp. W 2012 była taka jedna blondynka, która rozgadała się w temacie Ale i stóp za dużo, ale może ponosi mnie wyobraźnia /  "La Peleita" - skręcanie w stronę rapu zawsze mieli za złe fani z epoki "Más", płyty która nadaje szufladzie latin pop znaczenie właściwe. W utworze towarzyszy mu René Pérez Joglar czyli Residente z Calle 13. Wiecie co to jest Calle 13? Jak będziecie czytali dalej tego bloga, to się może dowiecie / "Se lo Dices Tú" - przez długi czas to była ostatnia piosenka, reszty nie słuchałam przez kilka miesięcy. Dlaczego? Nie mam pojęcia, może w związku z tym, że kolejny utwór jest taki nie jego, nerwowy, cierpki. nie jego w sensie mojego wyobrażenia, kim jest Chan  / "Se Molestan" - latin pop? mwahahahahaha. przepraszam, oplułam się. zawsze gdy jej słucham, mam wrażenie, że Ale próbował nią kogoś wkurzyć, zaraz potem jednak "Te Quiero y Te Temo" - może jestem strasznie niemądra i nie znam się ani ciut na muzyce, ale słyszę tam country /"El Tren de los Momentos" - jeszcze raz, latin pop? hm? Czy latin pop jest wtedy, gdy wokalista śpiewa po hiszpańsku? Taka definicja ewentualnie by przeszła}

Natychmiast po kupieniu tej płyty i skopiowaniu jej na komputer wysłałam ją z powrotem, bo miała wyłamanych kilka ząbków. Głupie? Jedna uwaga: dla mnie płyty Sanza są jak ołtarzyk, muszą być idealne. Jeśli ktoś nie umiał jej uszanować nie zasługuje na to, żebym mu płaciła. To nie jest bardzo skomplikowane myślenie. Rysy i pęknięcia zachwycają mnie w płytach używanych, wkurzają w sprzedawanych jako nowe. Do czego zmierzam? Nie mam jej oryginanego zdjęcia w moich rękach - zresztą podobny los spotkał płytę "3". W każdym innym przypadku będziecie mogli obejrzeć moje paznokcie :).

Ale wracając do "muszą być idealne". Ta jest. Do każdej płyty począwszy od "Más" nie mam wątów. Nie wiem, być może pisząc kolejną subiektywną recenzję ze słuchawkami  w uszach będę zmuszona odszczekać i zrobię to. Sanz miesza swoje smutne ballady z brzmieniem bardziej nowoczesnym, ale skoro już wspomniałam słowo "smutne" - "smutne" nie znaczy to samo, co w świecie anglosaskim. To tekst jest smutny, dźwiękowo nikt tu sobie psychodelicznie żył nie pruje. Od początku do końca mamy pop przemieszany z jazzem i rapem, z przezroczystą instrumentalistyką i tą czystością, której nie potrafię znaleźć w elektronice kawałków puszczanych obecnie w radiu. Może tym się zresztą różni album autorski osoby, która sama pisze sobie teksty i muzykę a gra na instrumentach na tyle, żeby mieć jako takie pojęcie o dalszym procesie tworzenia płyty, od hitowych albumów kołhozowych. (Po tym co napisałam mam ochotę zerknąć na album Salvadora Beltrana. Wiem, że nie wiecie kto to jest. Może go sobie razem poznamy). Płytę polecam na taki począteczek, jak nie mamy za dobrego humoru, a nadal mamy dobry gust. Kto wie, może się zakochacie?

Zmiotki 1.

Bywa, że widzimy lub czytamy coś zupełnie przypadkowego-przypadkiem, bo np. siedzimy przed ekranem i sytuacja powoduje, że nie możemy się ruszyć, albo idziemy do kina z (cudzymi) dziećmi, albo pada deszcz. W każdym razie, chcemy dobrze, a potem nie potrafimy powiedzieć o tym fakcie nic dobrego. Do tego są zmiotki. Dzisiaj filmowe z mojego, kinowego roku 2011.

Legendy Sowiego Królestwa: Strażnicy Ga'Hoole
(Legend Of The Guardians: The Owls Of Ga'Hoole), reż. Stern & Orloff, 2010. Dobry komputerowy bajer. Wspaniale widać każde piórko poruszające się na wietrze. Niestety fabuła oparta o historię nazizmu trąci tak odruchowymiotnym dydaktyzmem, że już 12-latkowi może uszkodzić mózg. Jeśli już koniecznie oglądać, to w 3D.

Ślubne wojny (Bride Wars), reż. Gary Winick, 2009. Komedia z Kate Hudson i Anne Hathaway. Produkt oparty na mitologii o ślubie jako "najpiękniejszym dniu w życiu każdej kobiety". Oglądałam lecąc nad Atlantykiem ... dwa razy. Programy takie jak "Rich Bride, Poor Bride" albo "Say Yes To The Dress" są zabawne, ponieważ widzimy w nich (zazwyczaj) nieciekawe pasztety, które pod koniec odcinka w 90% dalej wyglądają jak nieciekawe pasztety, tylko o tym nie wiedzą. W filmie aktorki wyglądają modelowo, więc ten aspekt komediowy odpada. Reszta o niczym. Hathaway ładnie biega.

09/21/11 - tekst powyższy napisałam z datą patrz na lewo. Rozśmieszył mnie. Domyślam się, że jest niedokończony, ale teraz już kompletnie nie pamiętam o jakim knocie jeszcze chciałam napisać. I tych tworów nie pamiętałabym wcale, gdyby nie archiwum. Pomysł jednak podtrzymam zdając sobie sprawę z istnienia płodów umysłu, które nie zasługują na post osobny, bo ich poziom knotowatości nie wzniósł się ponad zwykłą wysokość skoszonej trawy w której leżą. Zobaczymy co tam nam przyniesie rok 2013.
To może Justin Bieber?

Muzyka: Sanz - moja miłość

Nie było mnie, bo mi się nie chciało. W archiwach spoczywa całe mnóstwo recenzji ponapoczynanych jak urodzinowe torty. Będe kończyć. Lub wyrzucę. Tymczasem chciałam napisać o miłości. Uderzenia były kilkakrotne i z różnych przyczyn. A to nuciłam "La Torturę" w 2006, a to zalewałam się łzami w 2009 pod jakiś kawałek z płyty "En tren de los momentos", dość przyznać, że w grudniu roku poprzedniego doznałam poważnego uszczerbku na duszy - jej część zaanektował na stałe mały Hiszpan, którego nie nazywam inaczej jak mi Chan, mi capitan, mi jefe lub mi peque. Są różne muzyki. Jest Billy Joel. O nim też napiszę, bo też go kocham. Nie "też". K o c h a m, po prostu. Będzie recenzja "Cienia wiatru", bo czytam. Ale chcę, żeby czytelnicy zdawali sobie sprawę z jednej rzeczy. Nie unikniecie tutaj recenzji wszystkich płyt Alejandro Sanza. Nie miejcie też żadnych złudzeń, że któraś nie będzie mi się podobała. Nie mam zamiaru was oszukiwać ^..^.


Secundo. Chana zaczęłam słuchać ponownie ponieważ kilka miesięcy wcześniej wdepnęłam na cudowne mielizny latin popu. Mogłabym tu napisać wam notkę biograficzną, że wszystko zaczęło się od Meksyku dwa lata temu, gdzie na balkonie na dziewiątym piętrze siedziałam bez dolnej bielizny patrząc na Morze Karaibskie, i że częścią tej historii są rzewne filmiki z fragmentami telenoweli "Mar de Amor", gdzie uroki swe rozsiewał pięknych kształtów Mario Cimarro, a dowiedziałam się o istnieniu Mario Pieknych Kształtów z awataru mojego internetowego przyjaciela z filmwebu.pl, w 80% geja, ale ... nie będę tu relacjonować zagubionego roku 2012, bo nawet mnie on już niewiele obchodzi, tym bardziej więc was. W skrócie: zaczęłam słuchać latin popu, gdy zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Na razie napiszę tylko, że nie rozumiem tej label: latin pop. Ale będę o tym jęczęć więcej przy okazji recenzji. Aha. Nie jestem nastolatką. Jestem stara. Mogę oczywiście napisać coś o Justinie Bieberze, jeśli ktoś będzie nalegał, ale na razie znam dwie jego piosenki i wiem, że chodzi w spodniach z kupą. Mogłabym być matką jakiejś fanki Biebera. Tylko sobie pomyślcie! Ale nie jestem. Mam dwa koty. Tyle na dziś.

wtorek, 1 listopada 2011

Film: Ostatni Mohikanin.

Z książki którą czytałam wydarto trzy ostatnie kartki. To była ciekawa lektura, nieco staroświecka w wyrazie, ale może o tem potem, czyli gdy będę recenzowała powieść. Bo chcę napisać o jednej z jej ekranizacji, tej sprzed dziewiętnastu lat. Kilka nazwisk: Mann, Day-Lewis, Stowe, Waddington, Studi. To te, które w różny sposób zrobiły na mnie wrażenie. Kilkakrotnie. Bo wracałam do tego filmu wiele razy.

Z pewnością nie warto oglądać go zamiast czytania książki. Fabuła jest zbyt zmieniona - pewne postacie przeżywają, inne znowu giną niezgodnie z powieściowym oryginałem. Poza tym jest duże przesunięcie akcentu z Unkasa & Alice na Corę & Sokole Oko (Unkas bajecznym przedmiotem marzeń nastolatki był). Trudno powiedzieć, czy jest to efekt wzięcia przez reżysera na tapetę ekranizacji z 1936, odważnej jak na swoje lata innej adaptacji powieści Jamesa F. Coopera. Oglądałam ją dawno i uprzedzonymi oczami.

Co jest dobre? Wieloautorowa muzyka, gra aktorska (obiekty wymienione powyżej), doskonale dobrane plenery. Odbiór filmu oparty jest głównie na spodziewanym wzruszeniu melodramatem, bo choć w kostiumie i historycznie, jest to przede wszystkim historia miłosna. A w zasadzie dwie, ta druga, międzyrasowa, gdzieś w tle, zaznaczona jedynie gestami i wymianą spojrzeń, znajdzie swoją tragiczną kulminację w podkolorowanym muzyką i fantastycznie zmontowanym finale.
Where today are the Pequot? Where are the Narragansett, the Mohican, the Pokanoket, and many other once powerful tribes of our people? They have vanished before the avarice and the oppression of the White Man, as snow before the summer sun. Will we let ourselves be destroyed in our turn without a struggle, give up our homes, our country bequeathed to us by the Great Spirit, the graves of our dead and everything that is dear and sacred to us? I know you will cry with me, 'Never! Never!'
Znowu się wzruszyłam :).
__________
* reż. Michael Mann, The Last Of The Mohicans, 1991. USA.

wtorek, 18 października 2011

Muzyka: Alchemy. Dire Straits.

Nie ukrywam, że w tej chwili jest to płyta, której ciężko jest mi słuchać. Najlepszy album koncertowy zespołu  żeruje na emocjach, porusza, a w zasadzie kopie sentymentalizm. Gdy człowiek jest walnięty takim buciorem, trudno się lekko nie rozkleić. Przy siódmym numerze odnajduję motywy z drugiego, dostaję gęsiej skórki w czasie solówki, która przekazuje więcej uczuć niż słowa. Okładka płyty to reprodukcja obrazu, jakieś skrawki pomiędzy którymi wzrok przyciągają czerwone usta.

Zamiast oceniać, bo nie da się inaczej niż 6/6, myślę o losach muzyki na żywo i względnym pojmowaniu piękna. Album ma już 27 lat. Gdy słyszymy solówki mamy pewność, że nie chodziło o tło dla wygibasów osób w bieliźnie, które dają czas frontmanowi na przebranie się w nowy kostium. Muzyka, tak jak okładka, zbudowana jest z dopieszczonych kawałeczków i po kilkakrotnym przesłuchaniu zdajemy sobie sprawę, że wszystko tu pasuje. Brzdąkania nie są dłużyznami, tylko częścią koncertu. Knopfler jest 27 gitarą wszech czasów wg Rolling Stone, ale i bez tej informacji domyślicie się, że jest dobry. To dwudzieste siódme miejsce jest przecież tylko umowne. Można sobie obejrzeć ten koncert na youtube i pomyśleć "co za brzydki facet". Potem wrócić do chwili obecnej i zrobić w myślach skan twarzy wszystkich ówczesnych pięknych. Zobaczyć jak się zestarzeli bez talentu. In the end, każdy wygląda tak, jak na to zasługuje.

niedziela, 9 października 2011

Film: 1920 Bitwa Warszawska.

Z plakatu wyzierają na mnie perłowe zęby Urbańskiej. Może i gucio wiem o wojnach, ale pradziadek mój ze strony mamy przywiózł był medal z kampanii kijowskiej, więc mam jako takie podstawy dziedziczne, żeby się o cudzie wypowiedzieć. W szczególności, gdy cud właśnie wszedł na ekrany.

Plusy dodatnie. Zdjęcia. Idziak. Trudno się dziwić. Pierwszy polski film 3D i trochę zastanawiam się, czy bez tego bajeru też daje radę. Kostiumy. Serce łatwo mi rozgrzać przykładaniem wagi do detali z dwudziestolecia międzywojennego. Lubię ten klimat, choć pod każdym innym względem Polska międzywojenna to marna epoka rozdmuchana w III i 1/2 RP. Olbrychski. Po obejrzeniu zajawki filmu pomyślałam żal.pl. Ale na projekcji już lepiej. Nie drażnił, nie imitował, nie poszedł w akcent. Był dobry. Nie to, co te doklejone wąsy. Linda. Jego Wieniawa całkiem przyjemny, chociaż za wiele sobie nie pograł. Szyc. Byłby. Gdyby miał coś do grania.

Plusy ujemne. Muzyka. Nie wiem czemu muszą pitolić. Pamiętam to pitolenie już z "Ogniem i mieczem". Tutaj w zasadzie to samo. Ilustrujące pitolenie z problematycznymi przejściami. Urbańska. To piękna kobieta jest. W zbliżeniach zjawiskowa. Ale choć bardzo się stara, niektóre mięśnie twarzy pozostają nieruchome. Po obejrzeniu kilku filmów Hoffmana zaczynam przypuszczać, że mistrz lubi obsadzać w głównych rolach kobiety ze sparaliżowanymi twarzami. Poza tym za dużo scen z kabaretu. Kocham kostiumy, ale po kilku cięciach na kabaret pojawia się znużenie.  Pytanie treściwe: czy znowu będzie preparowany na tej podstawie serial tv? Bo, jak już we wspomnianym "Ogniem ...", dziury w logice tylko większa ilość taśmy może podreperować. Dlaczego Krynicki (Szyc) po skazaniu na śmierć bezboleśnie wraca do polskiej armii, tego się z pełnometrażówki nie dowiemy. Czekamy, znaczy się, na odcinki. I ... nie wiem kiedy my wygraliśmy tę bitwę. Spodziewałam się wielkiej batalistyki. Były trupy, były dobre zdjęcia. Tupu tupu i nagle Urbańska znajduje Szyca w szpitalu. I jest pocałunek. Nie wiem. Może się zamyśliłam ze wzruszenia.

Ogólnie historia w wydaniu pop i na końcu tekst Piłsudskiego, którego Marszałek raczej by nie wypowiedział. Ale z drugiej strony, jeśli mówimy o historii pop, to mamy na myśli zupełnie innego Marszałka. Film schlebia legendzie, np. ks. Skorupka ginie w sytuacji legendarnej, a nie rzeczywistej. Aż trochę obawiałam się, że nagle gdzieś zza chmurek łypnie matka-boska. Hałewer, kto ma kręcić filmy historyczne o nas, jeśli nie my? Etykietka dramat wojenny jest nieporozumieniem. Romans historyczny z naciskiem na romans. Pewnie dlatego ciągle te przebitki z Szyca na fikającą w kabarecie Urbańską. A jednak pozostaje wrażenie, że obydwie postacie niewiele mają ze sobą wspólnego. Może pójdę drugi raz. Gdy przeminie gimnazjalne zasysanie coli i ostrzał z popcornu straci na sile.
__________
* reż. Jerzy Hoffman, 2011, muzyka Krzesimir Dębski. Ciekawie byłoby obejrzeć w tym samym temacie "Cud nad Wisłą" Bolesławskiego z 1921 roku :).

czwartek, 6 października 2011

Książka: Berek, M. Szczygielski.

To nawet nie chodziło o rozdział trzeci. Nie dotarłam do niego, bo popłakałam się przy drugim i książka przeleżała ponad rok na półce. Wątpię, żeby to była kwestia jakiejś zamierzonej głębi, raczej czasowej predyspozycji i okolicznościowego przewrażliwienia losowego odbiorcy. A jednak jest to ciekawa pozycja na popołudnie, warta polecenia.

W jednym bloku mieszkają Paweł i Anna, 30-letni gej oraz około-60-letnia moherzyca. Jest w zasadzie życiowo, czyli czasem zabawnie, a częściowo zupełnie nie do śmiechu. Poza tym mocne sceny erotyczne z przewagą homo. Książka na gruncie polskim krzewi myśl do niedawna zupełnie odkrywczą: że osoby o innej (od akceptowanej powszechnie) orientacji seksualnej mają takie same pragnienia dotyczące miłości i bliskości drugiej osoby. Truizm, ale jako kraj 35 lat za Mozambikiem lubimy takie głębokie myśli odkrywać jak Janszoon Australię, pomimo tego, że kangury były tu cały czas.

Tekst zaczyna się jak pamiętnik małego pieprzniczka, ale w ogólności wcale nie o seks chodzi, tylko o to co nam najczęściej kuleje i uwiera. Paweł i Anna z definicji nie powinni się w niczym zgadzać, tak głęboko siedzą w stereotypie. Można to oczywiście potraktować jako zarzut, gdy chcemy się przyczepić do psychologicznego konstruowania postaci. Osobiście nie zależy mi. Poza tym Anna zaczęła mieć dla mnie twarz Ewy Kasprzyk, a Paweł to zdecydowanie Małaszyński.

Dla kogo nie jest ta książka? Zapewne nie dla homofobów i czytelników brzydzących się opisami kopulacji. Abstrahując od tego, doskonałe, lekkie czytadło, nie pozbawione nowoczesnej narracji i kilku głębszych pytań.

Poza tym okładka pierwszego wydania trochę śmieszna:

__________
* Marcin Szczygielski, Berek, 2007. Przedmowę do pierwszego wydania w Latarniku napisał Tomasz Raczek, partner życiowy autora. Książkę miałam pożyczoną od przyjaciółki, z okładką drugą z tutaj opublikowanych. Lubię pudrowy róż.

niedziela, 18 września 2011

Książka: Jądro ciemności, J. Conrad.

Duszna książka. Przypomniałam sobie o niej, gdy oglądałam W lepszym świecie, fabułę luźno związaną z Afryką, z zupełnie inną, pustynną jej częścią. Mocno zdumiony może być czytelnik, który tylko zerknął na krytyczne wydanie Nortona, moje ulubione zresztą. Ma ono ponad 500 stron. Tymczasem polskie wydania lekturowe, najczęściej z opracowaniami, mieszczą się na stu kartkach. Bo ludziska, to opowiadania jest. Opowiadanie o czymś, o czym w czasach, gdy Conrad je pisał, nie wypadało głośno mówić. W końcu Wolne Państwo Kongo, prywatna własność Leopolda II Belgijskiego, istniało do roku 1908, a sam król przekręcił się dopiero rok później. Uznawano wówczas, że to bardzo nieładnie tak brzydko mówić o ludziach.

Zagwozdkę dał Conrad powojennej krytyce. Tak jak wcześniej wydawało się, że wgryza się w rzeczy niewarte inkaustu, tak później zarzucano mu, że nie dość się brzydzi i potępia. W owym to bowiem czasie, gdy kauczuk i kość słoniowa płynęły do Europy szerokim strumieniem, w tym punkcie Afryki zniknęło w ciągu kilku lat ponad dziesięć milionów ludzi. Czarni byli, więc dziś prawie nikt tego nie pamięta. Większości czytelników kojarzy się "Jądro ciemności" ze świetną rolą Marlona Brando i z psychologicznymi gierkami, jak to nie da się zrozumieć drugiego człowieka, albo jaka to Afryka dzika. A przecież tu zupełnie nie o to chodziło. Gruntownie nie o to!

Zło przyszło z zewnątrz, w Europie obleczone w królewskie materiały i otoczone najcieńszą porcelaną. Marlow wspominający swoje doświadczenie z Tamizy, niepewny co właściwie przeżył, uciekający się do motywu ciemności i do niepamięci, gdy pewien obraz albo wspomnienie może mu się wydać po europejsku mało gustowne. Kurtz, pewny swojej wielkości szaleniec, którego dżungla w końcu pochłonie. Narzeczona Kurtza, do końca oddana, przekonana o jego prawości, zupełnie zamknięta w europejskiej szklarni do hodowania kobiet. Reszta postaci to przemykający w tle towarzysze podróży Marlowa lub jej przerywniki, niektórzy z nich czarni, pomnikowi lub pomnikowi i przystosowani lub tylko przystosowani. Ilustrują różne podejścia do tej maligny, która się wówczas w Afryce dokonywała.

Świetny tekst, literacko spójny, zadowoli odbiorców szukających głębi. Sporo w nim symbolizmu, odwołania się do subiektywnych odczuć. Autor sam był kilka lat wcześniej w Kongu Belgijskim, i choć konsekwentnie unika nazw oraz nazwisk, przekazuje czytelnikowi swoje rozczarowanie lądem, który tak bajkowo, fotogenicznie wyzierał z podróżniczych książek tamtego okresu. Wg mnie lepiej czytać całość mając świadomość historycznego kontekstu. W wydaniu Nortona mamy czterysta stron wyjaśnień tego, co jedynie zarysowane czy przesłonione przez narratora niedomówieniem. Warto również zajrzeć do innej pozycji, King Lepold's Ghost (1998) Adama Hochschilda. To o tym samym, tylko prosto z mostu :).
__________
* Joseph Conrad, Heart of Darkness, 1902. Wcześniej opublikowano je w Blackwood's Magazine w 1899 roku.

środa, 14 września 2011

Film: W lepszym świecie.

(i sobie uważaj, bo spoiler) Christian wraca do Danii po śmierci matki. Elias jest prześladowany w szkole przez Sofusa. Jego ojciec, Anton, jest lekarzem w Afryce, idealistą trzymającym się pacyfizmu. Nie można tak po prostu bić ludzi. To nic nie daje. W szpitalu dla uchodźców zszywa czarne dziewczynki rozcinane przez Wielkoluda, który lubi patrzeć na stosunek seksualny od zewnątrz. Christian nie wierzy dorosłym. Uważa, że jego ojciec pragnął śmierci matki chorej na raka mózgu. Anton daje się uderzyć w twarz i zgodnie ze swoimi zasadami rezygnuje z walki. Dzieci widzą tę postawę inaczej. Christian zastrasza Sofusa. Konstruuje bombę, żeby wymierzyć sprawiedliwość prostakowi, który zaatakował Antona ...


Świetny film o sprawach elementarnych. Agresja rodzi agresję, ale humanistyczna zasada niereagowania, fałszywie krzewiona przez nauczycieli w szkole Christiana i Eliasa, niekoniecznie ot tak po prostu znajduje zastosowanie. Najstraszniejsze wojny zaczynały się od szukania sprawiedliwości. Christian zna się na rzeczy. Wie, że jeśli pobije Sofusa pompką od roweru, zyska jego szacunek. Nauczyciele każą im podać sobie ręce. Próbują frajersko głosić miłość i pokój w środowisku, którego naturalnym mechanizmem tworzenia się jest przemoc. Wielkolud również wyrastał w przemocy. Anton ze swoimi ideałami w którymś momencie pęka. Nie jest to działanie zaplanowane. Anton nie jest słabeuszem, nie boi się dużych facetów. Po prostu wierzy w słuszność swoich poglądów. Gdy sytuacja osłabi jego czujność, lekarz wywlecze Wielkoluda na pastwę linczu.

Dużo mówiących obrazów. Dach silosu, dom nad jeziorem, lekarze wracający monotonną drogą z obozu uchodźców. Powietrze, woda, piasek. Ojciec i syn siedzący na ławce. Kobieta leżąca samotnie w łóżku. Miłość jest tym co spaja, koi. W prawdziwym życiu jest brutalniej. Może dlatego film Susanne Bier został w tym roku nagrodzony Złotym Globem i Oscarem za najlepszy film nieangielskojęzyczny. Happy end to coś, co Amerykanie mogą pojąć. Mimo to nie ma łopatologii. Nienachalna muzyka, zdjęcia podkreślające wyalienowanie, zmęczenie samotnością. Nie ma łatwiej recepty na ogólnoludzki happening dobroci. Wszystko jest w małych porcjach. Niezmiernie łatwo niedoważyć i otrzeć się o tragedię. Warto zobaczyć. Bardzo dobry, prawie wielki film.
__________
* reż. Susanne Bier, Hævnen / Hämnden, 2010, wg scenariusza własnego i Andersa Thomasa Jensena. Dania/Szwecja.

środa, 7 września 2011

Książka: Kod Leonarda da Vinci, D. Brown.

Znowu ujęły mnie opisy Paryża. Tym razem zupełnie współczesne, nocne, gloryfikujące miasto. Książka wokół której swego czasu narobiono sporo szumu. Postacie nakreślone grubo ... Sylas wzbudził mój śmiech w scenach biczowania (podobno Jan Pawel II też to lubił; ot, taki onanizm dozwolony doktrynowo), ale po kilku kartkach ta grubość nie ma znaczenia. Autor trzyma się bowiem prostej zasady nadawania dynamiki - sto pięć rozdziałów plus prolog i epilog, które czasem składają się z półtorej kartki tekstu. Patataj, patataj, patataj, i dzięki wam o bogowie za konkret - tak się to czytało osobie, która czasem zerka ile jeszcze zostało stron do końca rozdziału. Podstawowego grzechu nowicjusza lub pisarza sensacji pt. wrzućmy długie, nieistotne opisy, żeby wszyscy od razu wiedzieli z pisarzem jakiego kalibru mają do czynienia nie znajdziemy w tej fabule. Autor opowiada po prostu historię, którą dla nas wymyślił, w sposób najprostszy jaki się da. Nie oznacza to maniackiego prostactwa. Historia porywa i jej pięćset stron nie jest przeszkodą, aby stwierdzić, że to cholernie szybka powieść.

Osobną sprawą są kontrowersje wokół fabuły. Na końcu mojego egzemplarza dostrzegłam notę od polskiego wydawcy. Kupa śmiechu z tą sprawą, a patrzę na nią tak: instytucja, która w swoich fundamentach ma fikcję, reaguje alergicznie na każdą inną fikcję w tym samym temacie. Rości sobie prawa do swojej fikcji, a jednocześnie zakazałaby publikowanie innej fikcji, bo ta realnie zagraża fikcji poprzedniej. Proste? :) Dość powiedzieć, że różne diecezjalne i znakowe wydawnictwa powydawały kobyły o tytułach zbliżonych do dajmy na to Oszustwa Kodu, ale podobnej książki nie wydano z ramienia francuskiej policji, która mogłaby się poczuć oszkalowana opisem swojej nieudolności. Tajemnica polega na tym, że gdy ludzie zajmują się czymś konkretnym i realnym, nie ruszają ich zarzuty niekonkretności i braku efektów. Francuscy policjanci wiedzą, że to tylko książka. A przypuszczalnie mają niższe wykształcenie od kwęczących biskupów. I przypuszczalnie też niższe płace. Powieść Browna nie jest jakoś szczególnie obraźliwa dla katolików - chodzi raczej o to, że porusza się w anglosaskim kręgu kulturowym, gdzie popiści jako tacy są tradycyjnie postrzegani jako osoby podejrzane moralnie. W ostatnich latach przypadki wykrycia afer pedofilskich w kościele watykańskim tylko utrwaliły ten obraz. Tyle w tym temacie.

Oceniam Kod bardzo wysoko (w swojej kategorii) jako osoba która nie otrzymuje dochodu na bazie fikcji konkurującej z tą przedstawioną w Kodzie, totalnie niezainteresowana teoriami spiskowymi i wysoce zainteresowana racjonalnym podejściem do rzeczy. Pomimo faktu, że fabuła nie jest moją broszką, łyknęłam ją podobnie jak miliony czytelników w wielu innych krajach. Autorowi udało się wciągnąć mnie w 24-godzinną pogoń wyjaśniania czemu w prologu zginął stary kustosz Luwru, Jacques Saunière, choć to nie oznacza, abym zapałała nagle miłością do bajki o Graalu. To tylko książka, zresztą jednorazowego czytania. Żaden dramat, żadna głęboka, życiowa filozofia. I niech się stuknie w głowę zszywaczem ten, kto chce się z niej uczyć historii.
__________
* Dan Brown, The Da Vinci Code, 2003, w tłum. Krzysztofa Mazurka (2004). A było hałasu, oj było. Adaptacja z Hanksem taka sobie, ani razu nie wytrzymałam do końca. Książkę przeczytałam na kanapie w Toronto, w wersji "kolejna książka z biblioteczki ex-kochanka", więc i tutaj egzemplarza własnego nie posiadam.

czwartek, 1 września 2011

Film: Jutro idziemy do kina.

Znowu obchodzimy. Co oznacza, że jak mantra napataczają się w telewizji polskiej te same obrazy i dźwięki. Film Kwiecińskiego sprzed 4 lat jest akurat przykładem dobrego rzemiosła, ale ogólnie bywa różnie, że miękko zafilozofuję.

Nagrano go rok przed całkiem udanym "Czasem honoru", którego czwarty sezon startuje za chwilę w TVP1. W obydwu produkcjach mamy nawet tę samą parę matka-syn w wykonaniu Katarzyny Gniewkowskiej i Jakuba Wesołowskiego. Twarz uroczej pani majaczyła mi wczoraj niejasno jako wybitnie stylowo-dworkowa i dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę, że znam ją z ekranizacji "Między ustami a brzegiem pucharu" Rodziewiczówny. Dużo się oglądało :)

Nie jest to jakieś mistrzostwo świata pod względem zdjęć, montażu, czy innych aspektów technicznych. Powiedziałabym raczej - opowieść dość przyjemna, jeśli nie zabrzmi to dziwnie w kontekście fabuły: mamy rok 1938 wzwyż, czyli aż do 1 września 1939 i podpatrujemy losy trójki świeżych maturzystów. Panowie kochają, zapijają i wyjadają morelowe powidła palcami. I na tym polega przyjemność oglądania. Nie ma dla mnie bowiem nic bardziej przykrego, niż oglądanie postaci świadomych ideologicznie, których żadna wojna bez butów nie zaskoczy. Nawet dziecinna wiara, że oto wszystko skończy się za kilka dni, świetnie określa stan świadomości w tej epoce. Po drugiej stronie oceanu już rok wcześniej wiedziano, że wojna wybuchnie i że my zostaniemy pokonani. Za dużo frazesów, ułańskiej fantazji w finansowaniu jazdy konnej versus za mało pieniędzy włożonych w ciężkie uzbrojenie. Tymczasem panowie mają dopasowane mundury, dworki szemrzą żywopłotami, miłość kiełkuje gwałtownie. Damięcki wygląda bajecznie, aż wybacza się mu ten napuszony wywiad o wspaniałości jego rodziny, na chwilę przed tym, jak jego ojciec okazał się współpracownikiem. Reasumując, warto spędzić trochę czasu przed ekranem, nawet jeśli nie jest to bardzo wielki film :).
__________
* scenariusz do filmu Michała Kwiecińskiego (2007) napisał Jerzy Stefan Stawiński, scenarzysta "Kanału" Wajdy (1957), "Eroici" Munka (1958), "Krzyżaków" Forda (1960), a ostatnio "Pułkownika Kwiatkowskiego" Kutza (1995).

niedziela, 28 sierpnia 2011

Książka: Mistrz i Małgorzata, M. Bułhakow.

Ta książka to wielkie wow. To wielka ucieczka. Czytamy streszczenie z okładki i wiemy, że akcja rozbraja nas w Moskwie, w międzywojennym ZSRR. A jednak jesteśmy raczej w baśniowej krainie niemożliwego, gdzie tajna policja wchodzi do mieszkania w którym słychać hałasy, i nie zastaje żywego ducha. I tak mają miejsce w stolicy przypadki różne, okraszone cieniami starego diabła Wolanda, jego kociego pazia Behemota, Azazella z wystającym kłem i Korowiowa, którzy tam i sam przecinają opowieść o miłości Mistrza i pewnej pięknej Małgorzaty. Mistrz jest pacjentem szpitala psychiatrycznego i autorem powieści o Piłacie i Jeszuy Ha-Nocri, a ponieważ rękopisy nie płoną, jego powieść jest trzecim wątkiem książki.

Cóż można powiedzieć? W czasach moim studiów filozoficznych jej wyznawcą był jeden z profesorów, a i część studentów czytała ją jako pretekst do nawiązania rozmowy z wielce abstrakcyjnym, dobrym człowiekiem znanym jako Mirosław z Żarowa. Ja przeczytałam ją jakiś czas po tym kiedy, siedząc na kartonowym pudle, zdałam u niego ostatni egzamin. O samej powieści napisano tak wiele, że mogę tylko dodać: sprawdziłam. Jest tak dobra, tak łapiąca za serce, jak o niej piszą. Wielka na tyle, że rozsiadając się do pisania tej "recenzji", po kilku minutach stukania w klawiaturę zamilkłam z zażenowaniem. Wiedzie gdzieś w regiony magicznego realizmu, gdzie wracać się chce cyklicznie, gdy dopiecze rzeczywistość zastana. Zdecydowanie klasyka XX wieku. Wszystkie kciuki do góry. Podnoszę również stopę.
__________
*Michaił Afanasjewicz Bułhakow (Михаил Афанасьевич Булгаков), Мастер и Маргарита, 1940, wydana w wersji ocenzurowanej dopiero w 1966. Powstawała przez wiele lat, a ostatnie poprawki pisarz nanosił będąc świadomym zbliżającej się śmierci. Czytałam ją w tłum. Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Książka: Pachnidło, P. Süskind.

Dziwna sprawa z recenzjami książek. Ktoś pisze "Jan Baptysta był człowiekiem według mnie złym" albo "styl niemieckiego pisarza jest zrozumiały i łatwy w odbiorze". Drapię się po głowie, znam te fragmenty ze streszczeń lektur licealnych. I dalej nic nie wiem. Każdy może pisać coś. Jednak w trakcie czytania tytułowej powieści zakłuło mnie. Pomyślałam "Sama potrafię wydusić z siebie sensowniejsze zdania". Myśl zgoła zarozumiała i wywyższająca. Nie będę streszczać, choć oblezą mnie spoilery. Nie tylko o książkach chcę. Nie wystawię oceny 5/6. I powstał ten blog.

Wartością książki Süskinda jest nie (tylko) zapach, ale obraz epoki. Gdy czytam opisy ulic XVIII-wiecznego Paryża natychmiast stają mi przed oczami kadry z  "Markizy" Véry Belmont (bogiem a prawdą zapamiętałam ten film dzięki Bernardowi Giraudeau w roli Moliera i rozłożonym nogom Sophie Marceau). Nieco przesunięcia w czasie, ale brud pospołu ze smrodem jednakie. Jan Baptysta Grenouille niemalże nie jest człowiekiem, od nazwiska po cechy fizyczne podobny do płaza albo stawonoga. I równie ważne jak to, że ma węch absolutny, jest i to, że sam nie wydziela zapachu. Budzi więc nienawiść będąc poza zbiorem normalności. W związku z tym głównym motywem historii, poza olfaktorycznym, jest niemożność komunikacji. Obrazy mordu są uczuciowo suche, a relacja pomiędzy zabójcą i ofiarą jest na poziomie węchowym, wiec abstrakcyjna, nieistniejąca dla tej ostatniej. Btw, zbyt często użyto słowa olfaktoryczny - galop pisarza lub tłumacza rozstrajał mi melodię narracji. Znalazłam przynajmniej dwie recenzje książki, które były średnie, ponieważ autorki wcześniej obejrzaly film Tykwera. Jak się domyślam, w filmie Grenouille był mniej płazowaty niż na kartach powieści. Jest to też opowieść o pozorach, którymi lubimy się karmić oceniając innych. Pozory zwyciężyły zapewne w adaptacji, smaczki, muzyczka, chooykiptaszki (nie ujmując nic Tykwerowi, bo to świetny reżyser i zapewne do samej adaptacji jeszcze kiedyś wrócę), przyjemny dla oka główny aktor i historia zaczęła być o czymś innym, kusząc swym zmysłowym pięknem recenzentki w wieku adolescencji. Tymczasem historia człowieka, który nienawidził ludzi, bo ludzie nienawidzili jego, z definicji nie będzie ładna, ani nie doprowadzi do happy endu. Nie spodoba się też piętnastolatkom.

Opowieść rozpada się na dwie części, pierwszy rozdział jako tako trzymający się prawdopodobieństwa i galopująca w absurd reszta. Pierwsza część ujęła mnie absolutnie dzięki odniesieniu do detalu, opisom miasta i perfumeryjnych procedur. To jest ta część, którą pewna recenzentka nazwała d ł u ż y z n a m i, a która mnie zachęca choćby do tego, aby sprawdzić, czy Pelissier istniał naprawdę. Zresztą wszelkie inne obyczajowe czy geograficzne uwagi rozsiane po książce łechcą moją duszę ... przyznaję, zajrzałam na miasto Grasse. Jednak podstawowe założenie książki - opowiedzenie jej z pozycji węchu jako zmysłu dominującego musiało spychać fabułę w kierunku rozwiązań niekonwencjonalnych, ocierających się o niedorzeczność. Trapiły mnie więc pytania typu "jak morderca, korzystając ze swojego braku zapachu, mógł jak duch wkradać się do domostw, skoro wiodącym zmysłem jest wzrok, a potężnym jego sprzymierzeńcem słuch?". Narracja nami zawładnie, ale po otrzeźwieniu takie pytania są jak najbardziej na miejscu. Skoro plebs jest tak tępy węchowo w porównaniu z Grenouillem, mistrzem niucha, jak na tłumie mógł zrobić tak kolosalne wrażenie zapach człowieka-którego-kochają-wszyscy? Przecie tępi węchowo przeciętniacy nie byli wstanie doniuchać 90 procent subtelnych składników, aby móc ulec oczarowaniu zmuszającym ich do łamania norm społecznych. Jednakże są to wszystko myśli człowieka trzeźwego, który odstawił narrację i stanął przed zadaniem jej ocenienia. W trakcie, słowa faktycznie porywają.

To, że czasem coś jest jakieś bez powodu i bez celu lub też gorzka myśl, że bardzo złe rzeczy przydarzają się dobrym ludziom współgra z tonem powieści. Nie ma wielkich wygranych, ani krzepiącego morału w historii kleszcza Grenouille’a. To opowieść o psychopacie, który w swoim życiu zrobił zasadniczo jedną typowo ludzką rzecz. Na str. 252 w wydaniu Świata Książki. Reszta to po prostu bardzo dobra literatura z którą warto się zapoznać, aby potem czytając Coelho czuć, że schodzimy w dół. Zapewne do niej nie wrócę, ale to nie był czas stracony.
__________
* Patrick Süskind, Das Parfum, 1985, w tłum. Małgorzaty Łukasiewicz (1990). Podobno jedna z ulubionych książek Kurta Cobaina. Bazuje na niej piosenka Du riechst so gut Rammsteina. Kolejny szczyt swojej popularności osiągnęła wraz z wejściem do kin ekranizacji Toma Tykwera w 2006 roku.