środa, 14 września 2011

Film: W lepszym świecie.

(i sobie uważaj, bo spoiler) Christian wraca do Danii po śmierci matki. Elias jest prześladowany w szkole przez Sofusa. Jego ojciec, Anton, jest lekarzem w Afryce, idealistą trzymającym się pacyfizmu. Nie można tak po prostu bić ludzi. To nic nie daje. W szpitalu dla uchodźców zszywa czarne dziewczynki rozcinane przez Wielkoluda, który lubi patrzeć na stosunek seksualny od zewnątrz. Christian nie wierzy dorosłym. Uważa, że jego ojciec pragnął śmierci matki chorej na raka mózgu. Anton daje się uderzyć w twarz i zgodnie ze swoimi zasadami rezygnuje z walki. Dzieci widzą tę postawę inaczej. Christian zastrasza Sofusa. Konstruuje bombę, żeby wymierzyć sprawiedliwość prostakowi, który zaatakował Antona ...


Świetny film o sprawach elementarnych. Agresja rodzi agresję, ale humanistyczna zasada niereagowania, fałszywie krzewiona przez nauczycieli w szkole Christiana i Eliasa, niekoniecznie ot tak po prostu znajduje zastosowanie. Najstraszniejsze wojny zaczynały się od szukania sprawiedliwości. Christian zna się na rzeczy. Wie, że jeśli pobije Sofusa pompką od roweru, zyska jego szacunek. Nauczyciele każą im podać sobie ręce. Próbują frajersko głosić miłość i pokój w środowisku, którego naturalnym mechanizmem tworzenia się jest przemoc. Wielkolud również wyrastał w przemocy. Anton ze swoimi ideałami w którymś momencie pęka. Nie jest to działanie zaplanowane. Anton nie jest słabeuszem, nie boi się dużych facetów. Po prostu wierzy w słuszność swoich poglądów. Gdy sytuacja osłabi jego czujność, lekarz wywlecze Wielkoluda na pastwę linczu.

Dużo mówiących obrazów. Dach silosu, dom nad jeziorem, lekarze wracający monotonną drogą z obozu uchodźców. Powietrze, woda, piasek. Ojciec i syn siedzący na ławce. Kobieta leżąca samotnie w łóżku. Miłość jest tym co spaja, koi. W prawdziwym życiu jest brutalniej. Może dlatego film Susanne Bier został w tym roku nagrodzony Złotym Globem i Oscarem za najlepszy film nieangielskojęzyczny. Happy end to coś, co Amerykanie mogą pojąć. Mimo to nie ma łopatologii. Nienachalna muzyka, zdjęcia podkreślające wyalienowanie, zmęczenie samotnością. Nie ma łatwiej recepty na ogólnoludzki happening dobroci. Wszystko jest w małych porcjach. Niezmiernie łatwo niedoważyć i otrzeć się o tragedię. Warto zobaczyć. Bardzo dobry, prawie wielki film.
__________
* reż. Susanne Bier, Hævnen / Hämnden, 2010, wg scenariusza własnego i Andersa Thomasa Jensena. Dania/Szwecja.

2 komentarze:

  1. popieram, bardzo dobry. niby prosty ale trafia głęboko

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak sobie myślę, że gdyby Amerykanie go zrobili, byłoby znacznie więcej czułostkowości. Poza tym te nieograne, skandynawskie twarze były ulgą dla oczu :)

    OdpowiedzUsuń