środa, 7 września 2011

Książka: Kod Leonarda da Vinci, D. Brown.

Znowu ujęły mnie opisy Paryża. Tym razem zupełnie współczesne, nocne, gloryfikujące miasto. Książka wokół której swego czasu narobiono sporo szumu. Postacie nakreślone grubo ... Sylas wzbudził mój śmiech w scenach biczowania (podobno Jan Pawel II też to lubił; ot, taki onanizm dozwolony doktrynowo), ale po kilku kartkach ta grubość nie ma znaczenia. Autor trzyma się bowiem prostej zasady nadawania dynamiki - sto pięć rozdziałów plus prolog i epilog, które czasem składają się z półtorej kartki tekstu. Patataj, patataj, patataj, i dzięki wam o bogowie za konkret - tak się to czytało osobie, która czasem zerka ile jeszcze zostało stron do końca rozdziału. Podstawowego grzechu nowicjusza lub pisarza sensacji pt. wrzućmy długie, nieistotne opisy, żeby wszyscy od razu wiedzieli z pisarzem jakiego kalibru mają do czynienia nie znajdziemy w tej fabule. Autor opowiada po prostu historię, którą dla nas wymyślił, w sposób najprostszy jaki się da. Nie oznacza to maniackiego prostactwa. Historia porywa i jej pięćset stron nie jest przeszkodą, aby stwierdzić, że to cholernie szybka powieść.

Osobną sprawą są kontrowersje wokół fabuły. Na końcu mojego egzemplarza dostrzegłam notę od polskiego wydawcy. Kupa śmiechu z tą sprawą, a patrzę na nią tak: instytucja, która w swoich fundamentach ma fikcję, reaguje alergicznie na każdą inną fikcję w tym samym temacie. Rości sobie prawa do swojej fikcji, a jednocześnie zakazałaby publikowanie innej fikcji, bo ta realnie zagraża fikcji poprzedniej. Proste? :) Dość powiedzieć, że różne diecezjalne i znakowe wydawnictwa powydawały kobyły o tytułach zbliżonych do dajmy na to Oszustwa Kodu, ale podobnej książki nie wydano z ramienia francuskiej policji, która mogłaby się poczuć oszkalowana opisem swojej nieudolności. Tajemnica polega na tym, że gdy ludzie zajmują się czymś konkretnym i realnym, nie ruszają ich zarzuty niekonkretności i braku efektów. Francuscy policjanci wiedzą, że to tylko książka. A przypuszczalnie mają niższe wykształcenie od kwęczących biskupów. I przypuszczalnie też niższe płace. Powieść Browna nie jest jakoś szczególnie obraźliwa dla katolików - chodzi raczej o to, że porusza się w anglosaskim kręgu kulturowym, gdzie popiści jako tacy są tradycyjnie postrzegani jako osoby podejrzane moralnie. W ostatnich latach przypadki wykrycia afer pedofilskich w kościele watykańskim tylko utrwaliły ten obraz. Tyle w tym temacie.

Oceniam Kod bardzo wysoko (w swojej kategorii) jako osoba która nie otrzymuje dochodu na bazie fikcji konkurującej z tą przedstawioną w Kodzie, totalnie niezainteresowana teoriami spiskowymi i wysoce zainteresowana racjonalnym podejściem do rzeczy. Pomimo faktu, że fabuła nie jest moją broszką, łyknęłam ją podobnie jak miliony czytelników w wielu innych krajach. Autorowi udało się wciągnąć mnie w 24-godzinną pogoń wyjaśniania czemu w prologu zginął stary kustosz Luwru, Jacques Saunière, choć to nie oznacza, abym zapałała nagle miłością do bajki o Graalu. To tylko książka, zresztą jednorazowego czytania. Żaden dramat, żadna głęboka, życiowa filozofia. I niech się stuknie w głowę zszywaczem ten, kto chce się z niej uczyć historii.
__________
* Dan Brown, The Da Vinci Code, 2003, w tłum. Krzysztofa Mazurka (2004). A było hałasu, oj było. Adaptacja z Hanksem taka sobie, ani razu nie wytrzymałam do końca. Książkę przeczytałam na kanapie w Toronto, w wersji "kolejna książka z biblioteczki ex-kochanka", więc i tutaj egzemplarza własnego nie posiadam.

4 komentarze:

  1. wydaje mi się, że to raczej odwrotna kolejność - to nie Kościół jakoś zareagował na tę ksiązkę, ale sami twórcy wykorzystali w swej promocji zamierzony zabieg, że podobno gdzieś ktoś chce ksiązki zakazać - sugerowali, że niby zawiera jakieś tajemnice i głęboko skrywane prawdy. A ksiązki z podobnymi teoriami od wielu lat były u nas już dostepne - tyle, że czytali je tylko fanatycy, zwolennicy ezoterii i bajek. A tu nagle sporo ludzi nie znających Biblii po słabej ksiązce sensacyjnej drapało sie w głowę i ulegało tym bajkom... Stąd pewnie reakcja wydawnictw kościelnych by prostować te niedouczone teorie. Bo nie chodzi o samą Biblię - autor kłamie również na temat historii Kościoła, historii jako takiej, dokłada własne wizje i interpretacje...

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka zrobiła kasę, bo jest lekkostrawna i szybka. Jeśli zabieg był zamierzony, to katoliccy recenzenci książki nie powinni byli się na to nabrać :) Jak napisałam, teorie spiskowe kompletnie mnie nie interesują. Zazwyczaj wspomnienie na okładce o "tajemnicach" powoduje, że odkładam książkę na półkę. W tym przypadku przeczytałam ją, bo wiele osób o niej mówiło. Nie zawiodłam się, ale też nie miałam wielkich oczekiwań :). Nie zgadzam się, że książka jest słaba. Jest świetna w swojej kategorii. Jeśli ktoś ocenia ją nisko, bo nie podoba mu się naciągana/niezgodna np. z historią fabuła, to w ten sposób przekreśla cały genre związany ze spiskowymi teoriami. To trochę jak z kryminałami, albo się je lubi, albo nie.

    Autor ma prawo do własnych wizji historii kościoła, tym bardziej, że ona też jest przez kościół naciągana. Osobiście uważam, że motyw z kreowaniem Opus Dei na wielkich poszukiwaczy Graala nie jest wcale straszne. Opus Dei jako sekta jest znacznie bardziej zatrważającym zjawiskiem, bo zupełnie realnym :)))).

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię tę książkę, podobnie jak i inne Dana Browna. Też uważam, że jest świetna w swojej kategorii. I zgadzam się w zupełności, że autor ma prawo do stosowania fikcji, do rozmijania się z historycznymi prawdami, bo książka to nie podręcznik historii.

    OdpowiedzUsuń
  4. True.
    Po przeczytaniu nie bardzo byłam w stanie wskazać powodu walenia w bębny na trwogę przez jedną instytucję.

    OdpowiedzUsuń