niedziela, 18 września 2011

Książka: Jądro ciemności, J. Conrad.

Duszna książka. Przypomniałam sobie o niej, gdy oglądałam W lepszym świecie, fabułę luźno związaną z Afryką, z zupełnie inną, pustynną jej częścią. Mocno zdumiony może być czytelnik, który tylko zerknął na krytyczne wydanie Nortona, moje ulubione zresztą. Ma ono ponad 500 stron. Tymczasem polskie wydania lekturowe, najczęściej z opracowaniami, mieszczą się na stu kartkach. Bo ludziska, to opowiadania jest. Opowiadanie o czymś, o czym w czasach, gdy Conrad je pisał, nie wypadało głośno mówić. W końcu Wolne Państwo Kongo, prywatna własność Leopolda II Belgijskiego, istniało do roku 1908, a sam król przekręcił się dopiero rok później. Uznawano wówczas, że to bardzo nieładnie tak brzydko mówić o ludziach.

Zagwozdkę dał Conrad powojennej krytyce. Tak jak wcześniej wydawało się, że wgryza się w rzeczy niewarte inkaustu, tak później zarzucano mu, że nie dość się brzydzi i potępia. W owym to bowiem czasie, gdy kauczuk i kość słoniowa płynęły do Europy szerokim strumieniem, w tym punkcie Afryki zniknęło w ciągu kilku lat ponad dziesięć milionów ludzi. Czarni byli, więc dziś prawie nikt tego nie pamięta. Większości czytelników kojarzy się "Jądro ciemności" ze świetną rolą Marlona Brando i z psychologicznymi gierkami, jak to nie da się zrozumieć drugiego człowieka, albo jaka to Afryka dzika. A przecież tu zupełnie nie o to chodziło. Gruntownie nie o to!

Zło przyszło z zewnątrz, w Europie obleczone w królewskie materiały i otoczone najcieńszą porcelaną. Marlow wspominający swoje doświadczenie z Tamizy, niepewny co właściwie przeżył, uciekający się do motywu ciemności i do niepamięci, gdy pewien obraz albo wspomnienie może mu się wydać po europejsku mało gustowne. Kurtz, pewny swojej wielkości szaleniec, którego dżungla w końcu pochłonie. Narzeczona Kurtza, do końca oddana, przekonana o jego prawości, zupełnie zamknięta w europejskiej szklarni do hodowania kobiet. Reszta postaci to przemykający w tle towarzysze podróży Marlowa lub jej przerywniki, niektórzy z nich czarni, pomnikowi lub pomnikowi i przystosowani lub tylko przystosowani. Ilustrują różne podejścia do tej maligny, która się wówczas w Afryce dokonywała.

Świetny tekst, literacko spójny, zadowoli odbiorców szukających głębi. Sporo w nim symbolizmu, odwołania się do subiektywnych odczuć. Autor sam był kilka lat wcześniej w Kongu Belgijskim, i choć konsekwentnie unika nazw oraz nazwisk, przekazuje czytelnikowi swoje rozczarowanie lądem, który tak bajkowo, fotogenicznie wyzierał z podróżniczych książek tamtego okresu. Wg mnie lepiej czytać całość mając świadomość historycznego kontekstu. W wydaniu Nortona mamy czterysta stron wyjaśnień tego, co jedynie zarysowane czy przesłonione przez narratora niedomówieniem. Warto również zajrzeć do innej pozycji, King Lepold's Ghost (1998) Adama Hochschilda. To o tym samym, tylko prosto z mostu :).
__________
* Joseph Conrad, Heart of Darkness, 1902. Wcześniej opublikowano je w Blackwood's Magazine w 1899 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz