niedziela, 9 października 2011

Film: 1920 Bitwa Warszawska.

Z plakatu wyzierają na mnie perłowe zęby Urbańskiej. Może i gucio wiem o wojnach, ale pradziadek mój ze strony mamy przywiózł był medal z kampanii kijowskiej, więc mam jako takie podstawy dziedziczne, żeby się o cudzie wypowiedzieć. W szczególności, gdy cud właśnie wszedł na ekrany.

Plusy dodatnie. Zdjęcia. Idziak. Trudno się dziwić. Pierwszy polski film 3D i trochę zastanawiam się, czy bez tego bajeru też daje radę. Kostiumy. Serce łatwo mi rozgrzać przykładaniem wagi do detali z dwudziestolecia międzywojennego. Lubię ten klimat, choć pod każdym innym względem Polska międzywojenna to marna epoka rozdmuchana w III i 1/2 RP. Olbrychski. Po obejrzeniu zajawki filmu pomyślałam żal.pl. Ale na projekcji już lepiej. Nie drażnił, nie imitował, nie poszedł w akcent. Był dobry. Nie to, co te doklejone wąsy. Linda. Jego Wieniawa całkiem przyjemny, chociaż za wiele sobie nie pograł. Szyc. Byłby. Gdyby miał coś do grania.

Plusy ujemne. Muzyka. Nie wiem czemu muszą pitolić. Pamiętam to pitolenie już z "Ogniem i mieczem". Tutaj w zasadzie to samo. Ilustrujące pitolenie z problematycznymi przejściami. Urbańska. To piękna kobieta jest. W zbliżeniach zjawiskowa. Ale choć bardzo się stara, niektóre mięśnie twarzy pozostają nieruchome. Po obejrzeniu kilku filmów Hoffmana zaczynam przypuszczać, że mistrz lubi obsadzać w głównych rolach kobiety ze sparaliżowanymi twarzami. Poza tym za dużo scen z kabaretu. Kocham kostiumy, ale po kilku cięciach na kabaret pojawia się znużenie.  Pytanie treściwe: czy znowu będzie preparowany na tej podstawie serial tv? Bo, jak już we wspomnianym "Ogniem ...", dziury w logice tylko większa ilość taśmy może podreperować. Dlaczego Krynicki (Szyc) po skazaniu na śmierć bezboleśnie wraca do polskiej armii, tego się z pełnometrażówki nie dowiemy. Czekamy, znaczy się, na odcinki. I ... nie wiem kiedy my wygraliśmy tę bitwę. Spodziewałam się wielkiej batalistyki. Były trupy, były dobre zdjęcia. Tupu tupu i nagle Urbańska znajduje Szyca w szpitalu. I jest pocałunek. Nie wiem. Może się zamyśliłam ze wzruszenia.

Ogólnie historia w wydaniu pop i na końcu tekst Piłsudskiego, którego Marszałek raczej by nie wypowiedział. Ale z drugiej strony, jeśli mówimy o historii pop, to mamy na myśli zupełnie innego Marszałka. Film schlebia legendzie, np. ks. Skorupka ginie w sytuacji legendarnej, a nie rzeczywistej. Aż trochę obawiałam się, że nagle gdzieś zza chmurek łypnie matka-boska. Hałewer, kto ma kręcić filmy historyczne o nas, jeśli nie my? Etykietka dramat wojenny jest nieporozumieniem. Romans historyczny z naciskiem na romans. Pewnie dlatego ciągle te przebitki z Szyca na fikającą w kabarecie Urbańską. A jednak pozostaje wrażenie, że obydwie postacie niewiele mają ze sobą wspólnego. Może pójdę drugi raz. Gdy przeminie gimnazjalne zasysanie coli i ostrzał z popcornu straci na sile.
__________
* reż. Jerzy Hoffman, 2011, muzyka Krzesimir Dębski. Ciekawie byłoby obejrzeć w tym samym temacie "Cud nad Wisłą" Bolesławskiego z 1921 roku :).

5 komentarzy:

  1. O rany, nie lubię gdy muzyka jest w filmie słabą stroną, strasznie mnie to zniechęca do obejrzenia. Tak czy inaczej - wybieram się na ten film do kina z klasą w przyszłym tygodniu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja indywidualna opinia, po przedawkowaniu solówek Knopflera i zawodzie miłosnym.
    Należy sprawdzić samodzielnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem ciekawa filmu, ale niestety obawiam się, że odbiorę go podobnie do ciebie- jako romans pięknej acz sztucznej Nataszy z Borysem i niewiele więcej. Pocieszające, że Olbrychski nie wyszedł przejaskrawiony- jakoś tak wybietnie mi do tej roli nie pasował

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo wszystko zawsze zachęcam do samodzielnej opinii. Nigdy nie stwierdziłabym ludzie nie oglądajcie/czytajcie tego. Nawet jeśli ja coś uważam za chłam, nie musi być to opinia powszechna.
    Widzę, że większość jeździ sobie po "Bitwie Warszawskiej", ale mimo wszystko zaliczam temu filmowi parę plusów. Zresztą drugą rzeczą do jakiej zachęcam, jest odstawienie filmu lub książki na jakiś czas i ocenianie ich, gdy kurz po Hunach opadnie. Często wówczas to co kiepskie, staje się lepsze, a to co niby-wybitne ledwo znośne.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też nie umiem napisać o czymś, że gniot, kiepskie, albo rewelacja. Mogę pisać, że mnie znudziło, albo mnie się nie podobało, albo mnie zachwyciło. Ile ludków tyle gustów i opinii. Może rzeczywiście obejrzę za jakiś czas

    OdpowiedzUsuń