wtorek, 20 sierpnia 2013

Muzyka: En tren de los momentos. Alejandro Sanz.

Siódma studyjna płyta. Niby ósma, ale do tej pierwszej autor się nie przyznaje. Trzecia po legendarnej płycie "Más" po której stał się Sanzem Wielkim. Druga w której czuć, że coś mu się w życiu pieprzy, wydana rok po śmierci ojca, na rok przed odwołaniem turne po Ameryce Łacińskiej "bo coś źle się czułem". W lecie tamtego roku pamiętnego 2007 przytył 20 kg i wylądował na kozetce specjalisty od składania dusz. I poznał Raquel. Ona potem zawsze była, razem poukładali puzzle do kupy i teraz mają takie małe kudłate śliczności o imieniu Dylan. Ktoś się nie orientuje dalej w dyskografii, odsyłam do wikipedii. Gdy serce pęka nie będę tu oczywistości tłumaczyć. Najlepszy album latynoski wg Grammy Awards 2008 roku, czyli dwa lata po jej wydaniu. Uwaga bez znaczenia, niejeden kiepski muzyk dostał sporo nagród. W tej chwili piszę o dobrej muzyce, która nie potrzebuje uzasadnień. Zaczynam od niej, bo to pierwsza płyta Ale jaką kupiłam, nie powiem, że ulubiona. Bo ... każdy album Maestro jest dobry na inny stan umysłu. Co tu więc jest?


{"Enséñame Tus Manos" / "A la Primera Persona" /  Duet z Shakirą "Te lo Agradezco, Pero No" /  "Donde Convergemos" - i już tu nie wiem co to jest ten latin pop. Tak jest skatalogowany ten album. Czy ja jazz słyszę miękki? "En la Planta de Tus Pies" - różnie ludzie komentują ten utwór, dla mnie za przeproszeniem warstwa liryczna jest ewidentnie rozmową z tymczasową kochanką, na dodatek zdradza fetysz stóp. W 2012 była taka jedna blondynka, która rozgadała się w temacie Ale i stóp za dużo, ale może ponosi mnie wyobraźnia /  "La Peleita" - skręcanie w stronę rapu zawsze mieli za złe fani z epoki "Más", płyty która nadaje szufladzie latin pop znaczenie właściwe. W utworze towarzyszy mu René Pérez Joglar czyli Residente z Calle 13. Wiecie co to jest Calle 13? Jak będziecie czytali dalej tego bloga, to się może dowiecie / "Se lo Dices Tú" - przez długi czas to była ostatnia piosenka, reszty nie słuchałam przez kilka miesięcy. Dlaczego? Nie mam pojęcia, może w związku z tym, że kolejny utwór jest taki nie jego, nerwowy, cierpki. nie jego w sensie mojego wyobrażenia, kim jest Chan  / "Se Molestan" - latin pop? mwahahahahaha. przepraszam, oplułam się. zawsze gdy jej słucham, mam wrażenie, że Ale próbował nią kogoś wkurzyć, zaraz potem jednak "Te Quiero y Te Temo" - może jestem strasznie niemądra i nie znam się ani ciut na muzyce, ale słyszę tam country /"El Tren de los Momentos" - jeszcze raz, latin pop? hm? Czy latin pop jest wtedy, gdy wokalista śpiewa po hiszpańsku? Taka definicja ewentualnie by przeszła}

Natychmiast po kupieniu tej płyty i skopiowaniu jej na komputer wysłałam ją z powrotem, bo miała wyłamanych kilka ząbków. Głupie? Jedna uwaga: dla mnie płyty Sanza są jak ołtarzyk, muszą być idealne. Jeśli ktoś nie umiał jej uszanować nie zasługuje na to, żebym mu płaciła. To nie jest bardzo skomplikowane myślenie. Rysy i pęknięcia zachwycają mnie w płytach używanych, wkurzają w sprzedawanych jako nowe. Do czego zmierzam? Nie mam jej oryginanego zdjęcia w moich rękach - zresztą podobny los spotkał płytę "3". W każdym innym przypadku będziecie mogli obejrzeć moje paznokcie :).

Ale wracając do "muszą być idealne". Ta jest. Do każdej płyty począwszy od "Más" nie mam wątów. Nie wiem, być może pisząc kolejną subiektywną recenzję ze słuchawkami  w uszach będę zmuszona odszczekać i zrobię to. Sanz miesza swoje smutne ballady z brzmieniem bardziej nowoczesnym, ale skoro już wspomniałam słowo "smutne" - "smutne" nie znaczy to samo, co w świecie anglosaskim. To tekst jest smutny, dźwiękowo nikt tu sobie psychodelicznie żył nie pruje. Od początku do końca mamy pop przemieszany z jazzem i rapem, z przezroczystą instrumentalistyką i tą czystością, której nie potrafię znaleźć w elektronice kawałków puszczanych obecnie w radiu. Może tym się zresztą różni album autorski osoby, która sama pisze sobie teksty i muzykę a gra na instrumentach na tyle, żeby mieć jako takie pojęcie o dalszym procesie tworzenia płyty, od hitowych albumów kołhozowych. (Po tym co napisałam mam ochotę zerknąć na album Salvadora Beltrana. Wiem, że nie wiecie kto to jest. Może go sobie razem poznamy). Płytę polecam na taki począteczek, jak nie mamy za dobrego humoru, a nadal mamy dobry gust. Kto wie, może się zakochacie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz