poniedziałek, 30 września 2013

Muzyka: Más. Alejandro Sanz.

4/5 album studyjny Sanza. We wrześniu właśnie minęło 16 lat od jej wydania. Wiem. Z punktu widzenia postępu techniki straszna starucha. Na swoim pierwszym światowym tournée w latach 1998/99 za przyczyną tej płyty jej autor nie widział rąk podniesionych z telefonami komórkowymi. Wtedy szło się na koncerty wrzeszczeć, a nie łapać ostrość.


Czym jest miłość? :) Zdecydowanie jestem zakochana w tej płycie. I znowu, to nie jest tak, że jest najlepsza. Jest najgłośniejsza, sprzedana w największym nakładzie, w czasach gdy jeszcze sprzedawano płyty jako przedmioty, a nie jako plik dźwiękowy na itunes. Daje nadzieję na to, że miłość istnieje. I jest poważną sugestią, aby więcej ludzi uczyło się hiszpańskiego. Momentami teksty nostalgiczne, ale nie kopią leżącego - wręcz przeciwnie, nuty unoszą go, tchną nowe życie.

Pochodzą z niej kawałki chętnie pożyczane przez innych - "Y, ¿Si Fuera Ella?" śpiewane na koncertach przez Davida Bisbala czy "Corazón Partío" zaanektowane przez króla smętu Julio Iglesiasa na jego płytę "Noche de Cuatro Lunas" (płyta zawiera jeszcze jeden kawałek Sanza, "Seremos libres" - wspaniały. I trzeba oddać honor Julio - nie kładzie tematów) i chętnie do dziś śpiewane na koncertach. Ba! "Amiga mia" czy "Siempre es de noche" (ta ostatnio najczęściej przeze mnie słuchana). "Más" jest płytą kultową i jak najlepsze płyty kultowe kojarzą się fanom z ich młodością i z "wiesz, miałam wtedy takiego chłopaka i...". Są ludzie dla których jest Sanz przed "Más" i po "Más", którzy uważają ten kawałek jego dźwiękowego pamiętnika za szczyt po którym nastąpiły tzw. eksperymenty (co się oczywiście wielu nie podoba). Trochę to rozumiem, o tyle, że płyta ta to faktycznie apogeum muzyki latino. Latino. Jeśli nie słuchasz latino może daj jej drugą szansę. Bo nie ma co ukrywać, jeśli do tej pory twój mózg był zalewany przez amerykańsko-zachodnią papkę, to co usłyszysz wyda ci się zbyt czułostkowe, zbyt piękne, żeby mogło stanowić punkt odniesienia do twojego obecnego życia. Żeby słuchać muzyki "południowej" trzeba przedefiniować podstawy, moi czytelnicy. Albo w wersji przyśpieszonej trochę się naoglądać meksykańskich telenowel ... ale bez pogardy, z otwartym umysłem. zresztą mogą i być peruwiańskie, nie bądźmy tacy do przodu, nieprawdaż :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz